piątek, 10 lutego 2012

Day by day.

Staram się po prostu być. Staram się być szczęśliwym człowiekiem. Z opóźnieniem przeczytałam "Dom nad rozlewiskiem". Ciepła opowieść o tym, jak życie zatacza koło. Tyle, że nie wszyscy mają rodziców ziemian w cudownym miejscu i pracę, która pozwala im na własny dobry samochód, że o mężu namawiającym "nie pracuj"  nie wspomnę. Napisane tylko takim językiem mało literackim, a forma z bloga żywcem wyjęta. Ktoś w redakcji skrótów chyba zapomniał porobić.
Plan mam prosty na 2012: angielski przywrócić do formy bo ja wiem z czasów bycia biurwą, a i nową lepszą, lepiej płatną pracę znaleźć. Na angielski już się zapisałam. Kurs 15-miesięczny, równowartość miesiąca uczciwej pracy. Szczęściem płatny na raty. 3 lekcje już zaliczyłam - pierwsza dramatyczna. Nigdy nie próbowałam porozumieć się z native speakerem. Na 3 zajęciach już2 reguły z całkowitą niezgodą z tym co mnie uczyli w szkole średniej.
W styczniu mama moja dostała pracę. Na razie na 2 miesiące, ale przy skali jej bezrobocia to i tak szczęście. Poza tym pensja nawet minimalna ale x 2 to i tak spory wkład w domowy budżet.
W nowym miejscu egzystuję nawet nie na walizkach. Na stertach rzeczy. Dosłownie. Czekam, aż M. wróci z ferii, na których chyba nawet za mną nie tęskni i skończy remont dużego pokoju. Potem będziemy mogli mieć półki na książki / cd i wieżę będzie gdzie postawić, bo póki co muzyki wciąż mi bardzo brakuje. Potem pod nóż pójdzie sypialnia i będziemy mogli pomyśleć o szafie. Na razie dzisiaj wydałam stówę w Ikei na pojemniki na ciuchy - takie skrzyżowanie pudła z materiałowym futerałem. Jest opcja, że największy bałagan przed jego powrotem ogarnę.
Poza tym dużo, za dużo rzeczy mam na głowie. Praca, początek angielskiego (2 x w tygodniu), przewożenie resztek rzeczy z poprzedniego mieszkania i robienie tam porządków, bo J. też wraca jutro z ferii i tam się wprowadza. A w zasadzie nie tyle wprowadza, co już zamieszkuje, bo rzeczy sporą część już tam ma.
Marzę o tym, żeby się wyspać i żeby mi kasy na wszystkie rachunki, łącznie z dentystą w tym miesiącu starczyło.

sobota, 14 stycznia 2012

14.

Siedzę sama na nowym mieszkaniu do remontu. M. wyniósł się radośnie na imprezę, albo spotkanie z kumplami. Zagadka: dlaczego nie chce iść na imprezę? Od 2 tygodni M. coś robi z drzwiami z łazienki, więc mam nieumyte włosy, opryszczkę, boli mnie oko. Mam wkurwa, bo 2 weekend z kolei żyjemy wśród liszajowatych ścian, bo M. neguje moje pomysły kolorystyczne. Bo biały to nie kolor. Swojego zestawu koloru i pomysłu nie przedstawił. Tak typuję, że na wiosnę wrócę do siebie. Tutaj przynajmniej jest ciepło.

W zeszłym tygodniu herbatą się podzieliłam z bezdomnym. Podszedł na stacji, że głodny i zimno cholernie. Mało asertywny dzień miałam, więc kupiłam hot-doga. Jednego już jadł jak wyszłam, ale do kubeczka stacjowego nalałam herbatę z własnego termosu. Może to wpływ "Cienia wiatru"?

Próbuję wynajdować dobre strony nowego miejsca: jest ciepło, blisko bar z zupą rybną bez zaporowej ceny, można chodzić pieszo do Cinema City (nic to, że chujowy repertuar, 1 film z czterema gwiazdkami, reszta twardo na poziomie dwóch), łatwiej zaparkować niż w C., mam wykafelkowaną podłogę w łazience i kafelki w kuchni. Doła też mam.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

13. Będzie wspaniale jak się wyremontujemy.

Na nowym mieszkaniu ciągle nie mam laptopa, za to co dzień wychodzą nowe wkurwiające elementy. Np. przy stole do posiłków M2 siedzi przed kompem cały czas  tyłem do nas, a my się męczymy przykurczeni nad karkówką przy stoliku do kawy. M2 do ojca tonem odp@#$^% się "nie twoja sprawa jak się uczę, 3 jest wystarczającą oceną".
Radość mieszkania w wieżowcu: x pięter wyżej ktoś napierdala muzyką, a w minimalnych przerwach sąsiad piętro wyżej napierdala po kaloryferach wierząc, że to pomoże i hałaśliwego uciszy. W rezultacie w rzadkich przypadkach 3 minutowej ciszy rozlega się stereo wytwarzane przez windy. Jesteśmy w mieście i blok żyje!
W tym wszystkim wczytałam się w "Cień wiatru". Opóźniona jestem.

piątek, 30 grudnia 2011

12.

Dochodzimy do sedna przeprowadzki. Przez przypadek dowiedziałam się, że nie idziemy na imprezę do lasu jak było w planie, bo byłaż żona mojego partnera idzie na imprezę. Ja w takim wypadku w końcu nie muszę. Nie, nie tą samą. Po prostu idzie, a M. obiecał M2, że w takim wypadku spędzą Sylwestra razem w nowym mieszkaniu. Oczywiście umieram z radości, że spędzę ostatnią noc w roku na nowym z 12 latkiem, na walizkach i kartonach. Będzie wspaniale. Na pewno nie będzie telewizora, komputera, ani nic, więc M2 nie będzie się nudził i marudził. Spędzimy uroczy wieczór grając w uno, a następnie resztę nocy spędzę na ćwiartowaniu zwłok, wywożenia ich do lasu. Potem sprzedam samochód i ucieknę ścigana listem gończym na koniec świata.
A może jest opcja, że traktowanie mnie jak zbędny dodatek przez ławę przysięgłych zostanie uznany za zbrodnię w afekcie i zostanę uniewinniona?

wtorek, 27 grudnia 2011

11.

Przeprowadzki niewątpliwie są potrzebne - likwidują błędne przekonanie o konieczności zabierania ze sobą miliona rzeczy, bez których wydawałoby się nie potrafimy żyć.
Przez chwilę w charakterze przerywnika pomiędzy decyzją te biureczko czy inne, oraz jaka lodówka pojawiła się cudowna opcja wyjechania na tydzień na Cypr. Pojawiła.Nienawidzę tego kawałka kiedy na coś po prostu mnie stać.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

10.

Po rozmowie z przyjaciółką stwierdziłam, że święta bezwzględnie spędzam w domu. Skoro nie mogę ich spędzić w ciepłych Włoszech z przyjaciółmi, strajkuję i spędzam je u siebie.
- Skoro tak chcesz to tak będziesz miała - stwierdzili kolejno obrażeni rodzice o to, iż nie zamierzam (czytaj: NIE chcę) spędzić z nimi Wigilii. Ton przy tym pada telefonicznie pt. jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz i dlaczego chcesz sama, bo przecież M. ma zobowiązania. I BĘDZIESZ sama. I do tego: no co ty będziesz gotować?! No przecież spędzenie 3 dni przy garach jest widać kobiecym obowiązkiem i chujowy nastrój do tego.
Nosz kurcze, 10 lat jakoś mieszkam osobno i ani razu nie spędzałam Wigilii u siebie. Atrakcja spędzania tego dnia z rodzicami przed telewizorem jest ogólnie średnia. Z dwojga złego wolę książki (M. drukuje mi Breslau). Obrażenia rodziców nie kumam w ogóle, bo jak byli w moim wieku na święta do swoich rodziców nie jeździli w ogóle, nie licząc jednorazowego wypadu do babci w góry.  Jak zadzwonią 5 raz, czy aby na pełno słyszałam dobrze, że zaproszenie dotyczy nas oboje (chociaż za pierwszym razem nie dotyczyło) to zacznę wrzeszczeć.
Poza tym nie mam serca narażać M. na poznanie moich rodziców poprzez kilka godzin ponurego siedzenia przy telewizorze.

niedziela, 18 grudnia 2011

9.

Poniekąd rozpoczęliśmy przeprowadzkę. W ramach rezygnacji z tzw. pustych przebiegów wywieliśmy na to nowe/stare mieszkanie 2 krzesła, obiadowe talerze głębokie i płytkie oraz filiżanki do kawy. Wszystko wymagało wcześniej radosnego wyszorowania.
M. deczko niezadowolony, bo narzekam na lustro - babcia w dobrej wierze szafkę nad umywalkę wybrała gównianą. Do tego powiesili ją za wysoko, Skutkiem czego ledwo sięgam do podzielonego na 3 części lustra, które w dodatku jest o 2 hektary za daleko. Niestety przybliżyć się nie da, bo umywalka z szafką.
U mnie w domu, pod moją umywalką za to strzeliło kolanko. Kapie i brzydko pachnie.
Duży pokój i sypialani wyklejona jest pracochłonnie w obłażącą różowo-pomarańczową tapetę z bordurą. Chryste Panie! Jest to zdecydowanie gorsze od paskudnych kafelek kuchennych. Nic to, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Szczęściem M. zgodził się bez szemrania usunąć z drzwi wizytówkę, wedle której mieszka tam nadal z byłą żoną.